poniedziałek, 30 czerwca 2014

Piękny dzień, czas na podsumowania

W piątek dostałam wyniki matur. Poszło dobrze, choć na medycynę nie wystarczy (przynajmniej nie w moim mieście, a nie mogłabym wyjechać na studia do innego, widząc jak teraz męczy się mój tata), ale za to na farmację nie powinno być problemu. Dziś był naprawdę cudowny dzień. Rano trochę pobiegałam - po raz pierwszy od ponad miesiąca. Później zjadłam śniadanko, poszperałam troszkę w internecie i około 14 wyszłam na spacer. Wróciłam przed 19. Pogoda była idealna - ciepło, dosyć słonecznie, z lekkim wiaterkiem. Spacerowałam, siedziałam na plaży, zostałam zaatakowana przez stado oswojonych ptaków, które myślały, że coś dla nich mam, zrobiłam małe zakupy i wróciłam do domu. Wczoraj minął miesiąc od kiedy tu jestem, więc czas chyba na małe podsumowania. W pracy radzę sobie dobrze, z językiem jest coraz lepiej, choć wciąż są drobne problemy. Czy tęsknię za rodziną? Właściwie nie. Dla mnie to jest przygoda. Też chyba nie jestem tego typu osobą. Zawsze mam internet, więc właściwie codziennie rozmawiamy (przynajmniej z tatą). Co do obserwacji: ludzie tutaj są bardzo mili, przynajmniej w tej części miasta, w której mieszkamy. Kiedy idziesz ulicą wszyscy się do Ciebie uśmiechają, mówią 'cześć', czasem skomentują pogodę, czy spytają 'jak się masz?'. Rzecz druga: wszyscy dbają o ogródki. Zielona trawa, piękne kwiaty, przycięty żywopłot. Nie przesadzam. Rzecz trzecia: dobre auta. Czego wciąż nie rozumiem? Herbata z mlekiem i frytki z groszkiem. Koniec na dziś.

środa, 25 czerwca 2014

Nic nadzwyczajengo.

Nie pisałam, trzeba nadrobić. Właściwie jeśli chodzi o pracę to nie wydarzyło się nic nowego, ale miniony tydzień był tym, podczas którego przepracowałam najwięcej godzin jak do tej pory i bardzo mi się to podoba. Jutro idę do pracy, ale raczej będę krócej - ok. 5h, ale mam obiecany cały weekend. W piątek ogłoszenie wyników maturalnych. Mam nadzieję, że ktoś pojedzie po nie do szkoły. Sytuacja z Alicją staję się coraz bardziej klarowna, ale o tym we wtorek/środę. Dziś był bardzo miły dzień. Właściwie zwyczajny, ale bardzo miły. Pogoda była piękna.

piątek, 20 czerwca 2014

Alicja

Kiedy wyjeżdżałam brat Alicji powiedział mi: "Nie zadawaj się z Polakami. Ludzie na emigracji się zmieniają." Nie wiedziałam tylko, że pierwszą osobą w stosunku do której użyję te słowa, będzie właśnie ona. Alicja jest strasznie zazdrosna - zarówno o Georga jak i Rebeccę, ale to też nie pierwsza taka sytuacja. Nawet teraz, gdy wyjechała chce mieć wszystko pod kontrolą i sterować tym, co my robimy. Wczoraj po długiej rozmowie myślałam, że wszystko jest w porządku. Dzisiaj znów nie odpisuje na moje wiadomości. Trudno. Jak na razie jest mi lepiej bez niej, więc zamierzam nacieszyć się jeszcze tymi kilkoma dniami wolności.

środa, 18 czerwca 2014

Wróg czy przyjaciel

Zostałam w domu. Okazało się, że Alicja w ogóle nie rozmawiała z Rebeccą na mój temat i kiedy dziś rano powiedziałam, że idę spakować resztę rzeczy, ta nie miała pojęcia o czym mówię. Powiedziała, że nie jest dla niej problemem zawiezienie mnie do pracy, bo i tak codziennie tam jeździ, ze swoim facetem spędza wystarczająco dużo czasu, a lepiej będzie jeśli zostanę w domu, bo 10 dni to dość długi czas, za długi na mieszkanie samemu - czyli dokładnie odwrotnie niż mówiła Alicja. Zauważyłam też, że nie wszystko jest takie jak to przedstawiała. Teraz mam 10 dni by zobaczyć jak jest naprawdę, a to był bardzo miły dzień, jeden z lepszych tutaj.

wtorek, 17 czerwca 2014

Życie na walizkach

Wczoraj nie pisałam, bo miałam dzień wolny. Nawet z domu nie wyszłam, nic ciekawego. Dzisiaj podobnie, zrobiłam zakupy, obejrzałam 4-tą część HP, poszłam z psem na spacer, trochę poćwiczyłam i jakoś dzień zleciał. Teraz zauważyłam, że jeden z postów, które pisałam chyba się nie zapisał. Pisałam w niedzielę, że wróciłam już do domu. Nie na długo, bo jak się dzisiaj okazało jutro wracam do mieszkania. Na 10 dni. Sama. Bo Alicja wraca do Polski, a Rebecca nie chce uzależniać swojego planu dnia od tego, czy musi mnie zawieźć do pracy. Jestem tym nieco zdenerwowana, bo jestem tutaj już prawie trzy tygodnie i nadal nie mogę się rozpakować. Życie w walizce na dłuższą metę staje się naprawdę uciążliwe.

Ps. Znalazłam ten post - był w wersjach roboczych.

Busy day.

Jestem już w domu. Cieszę się. Lepiej mi się tu mieszka, choć możliwe, że kiedy Alicja pojedzie do Polski (a jedzie 18 czerwca na 10 dni), ja wrócę do mieszkania. Dziś był bardzo dobry dzień. 15 czerwca to dzień ojca w Anglii, więc były momenty, gdzie wszystkie stoliki były zajęte. Alicja mówi, że gdy jest sezon jest tak cały czas. No i tylko dzisiaj zarobiłam w napiwkach 20 funtów, a w naszej restauracji napiwki są dzielone między wszystkich, którzy są w pracy (odpowiednio co do ilości przepracowanych godzin i efektywności), więc trochę ich było, co znaczy, że tworzymy dobry zespół. A teraz coś wesołego. Jak już pisałam, Alicja była za mną w mieszkaniu przez 2 dni, a ponieważ było tam tylko jedno (ale duże) łóżko, spałyśmy na nim razem. Dziś w pracy powiedziała mi, że rano obudziła się, bo coś ją przytulało. Tym 'czymś' byłam ja. Otworzyłam oczy, odskoczyłam i powiedziałam: 'Przepraszam, myślałam że to pies', po czym poszłam spać dalej. Co ciekawsze ja zupełnie tego nie pamiętam. 9h biegania. Czas na odpoczynek.

piątek, 13 czerwca 2014

Dzień jak dzień, dom czy mieszkanie.

Dziś w pracy byłam przez 3h. Nie skomentuję. Później spacer z psem, koszyk lokalnych i przepysznych truskawek i wieczór z HP - część druga za mną. Alicja już wróciła, dziś śpimy razem. Jutro też idę do pracy. Może dzięki temu, że ona będzie, uda mi się zostać na dłużej. Zaczynam się przyzwyczajać się do mieszkania tutaj choć i tak wolałabym być w domu. Pies dał mi się wyspać - spał grzecznie na łóżku obok mnie. Kiedy spytałam o house viewing usłyszałam tylko 'chyba dobrze'. Czas pokaże czy go kupią. Jednak mam nadzieję, że jeszcze trochę będę mogła tam pomieszkać.

czwartek, 12 czerwca 2014

Nowe miejsce

Wczoraj nie pisałam, ponieważ zabierałam z domu wszystkie rzeczy i ładowarka do laptopa wylądowała w walizce. Dziś z samego rana przyjechałam do mieszkania nad restauracją. Mam ze sobą psa. Jest niemożliwy - kiedy byłam w pracy, przez całe 4 godziny szczekał. Uspokoił się dopiero jak wróciłam, a teraz mała bestia leży obok mnie na łóżku i chrapie. Po pracy rozmawiałam chwilę z babcią, bo skończyła dzisiaj 80 lat, a później zrobiłam Turbo spalanie Chodakowskiej. Dawno pot tak ze mnie nie leciał. Chciałam iść jutro pobiegać, ale chyba przerzucę to na sobotę. W pracy idzie mi coraz lepiej, zbieram zamówienia, rozumiem ludzi, gdy o coś pytają i nauczyłam się wystawiać rachunki. Jutro też zaczynam o 12, a tymczasem mam zamiar skończyć oglądać pierwszą część HP. Tak, dopiero.

wtorek, 10 czerwca 2014

Sprzątanie, spacer, ćwiczenia, pakowanie

Piękny był dziś dzień. Sprzątaliśmy dom i porządkowaliśmy ogród na przyjazd ludzi, którzy chcą go kupić. Jutro porządków ciąg dalszy. Później tradycyjnie spacer i ćwiczenia, a jedynym co zostało mi do zrobienia na dziś jest pakowanie. Tak, muszę się spakować i wynieść jutro do mieszkania nad restauracją. Jeśli dom zostanie sprzedany, to zostanę tam, a Alicja, Rebecca i George przeprowadzą się do mnie, a jeśli nie, wrócę tutaj.
Może nie ma to wiele wspólnego z życiem tutaj, ale znalazłam dzisiaj świetny filmik. http://sfglobe.com/?id=951&src=share_fb_new_951 Polecam każdemu kierowcy, naprawdę.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Dzień dobry, zły, jednak dobry.

Dzisiaj kolejny dzień w pracy i kolejne 8,5h. Jutro i w środę mam wolne, a tydzień pracy liczy się od czwartku do środy, więc podsumowując przepracowałam w tym tygodniu 33,75h. Ładny wynik, biorąc pod uwagę, że byłam w pracy tylko przez 4 dni. Co do dzisiejszego dnia, był naprawdę miły. W restauracji nie było dużo ludzi, a że trzeba było się czymś zająć to wyczyściłam kafelki w pizzerii obok, która jest połączona z restauracją i też należy do Rebecci, choć tutaj to Alicja wiedzie prym jeśli chodzi o zarządzanie. Jakkolwiek by to nie brzmiało, to była naprawdę ciężka praca, bo wszystko było w tłuszczu, a całość zajęła mi ponad 4h. Ten dzień był też miły, ponieważ Rebecca miała dziś wolne - dużo lepiej mi się pracuje, gdy nie ma jej w pobliżu. No i zbierałam kolejne zamówienia. Cieszę się, że robię postępy. Oczywiście nie obyło się bez wpadki. Jeden z pracowników zebrał zamówienie, ja robiłam napoje dla tego stolika. Zamiast coke przeczytałam coffee (naprawdę ma okropny charakter pisma), więc kiedy zaniosłam zamówienie, szybko musiałam wrócić do kuchni i wymienić kawę na colę. Byłam tym tak zaabsorbowana, że nie zadziwił mnie zapach spalenizny. W tym momencie do kuchni wkroczyła Rebecca i okazało się, że nie wyczułam, że jajko się przypala. Znów wyszłam na idiotkę. Myślałam też, że Ala jest na mnie zła, bo to ona zostawiła to jajko i 'przecież jak ja mogłam tego nie wyczuć', ale później okazało się, że to była tylko chwila i w gruncie rzeczy to nic wielkiego. Po za tym rozmawiałam dzisiaj z innymi pracownikami i całkiem dobrze się z nimi dogadywałam. Teraz czas odpocząć, jutro można się wyspać.

niedziela, 8 czerwca 2014

Miły dzień, włoskie obżarstwo

Kolejne 8h w pracy. I jak się okazało, wbrew temu co wcześniej mi powiedziano, jutro też idę. We wtorek mam wolne, ale ogranicza się to tylko do tego, że nie jadę do restauracji, a w zamian za to trzeba będzie posprzątać cały dom, bo w piątek przyjeżdżają ludzie, którzy chcą go kupić, żeby go zobaczyć. Co do dzisiejszego dnia - był bardzo miły. Usłyszałam, że jestem dobrą dziewczynką i 'You've made my day' od jednego z gości. Po za tym mam na koncie pierwsze zamówienie - wcześniej ze względu na problemy z językiem tego nie robiłam, ale dzisiaj byłam zmuszona, bo w jednej chwili zniknęli wszyscy, którzy mogli by się tym zająć. No i po raz pierwszy spotkałam Polaków. Nie było czasu, żeby rozmawiać, ale miło było znaleźć polski akcent. Po pracy? Wizyta u mamy Rebecci i wspólna kolacja we włoskiej restauracji. Zjadłam pizzę, a na deser panna cottę z marakują. Bardzo polecam! Do tej pory ciężko mi się ruszyć. Teraz trochę muzyki dla odprężenia i kilka godzin snu. Zdecydowanie za mało.

sobota, 7 czerwca 2014

Mała przerwa, praca, praca.

Już prawie spałam, ale przypomniałam sobie, że powinnam coś napisać i mimo wielkiego sprzeciwu mojego ciała zwlekłam się z łóżka i dotarłam do laptopa. Wczoraj i dziś byłam w pracy i mimo, że pracowałam po 8,5h to wyjeżdżam z samego rana i wracam bardzo późno, bo jestem uzależniona od Rebecci i Alicji. Później trochę ćwiczeń, prysznic i jedyne o czym marzę to ciepłe łóżko. W pracy idzie całkiem nieźle, już lepiej się z nimi dogaduję choć i tak wciąż są problemy z komunikacją. Nie zapominam już o mleku do herbaty, a to duży postęp. Wczoraj dostałam też pierwszą wypłatę i muszę powiedzieć, że jestem zadowolona. Jutro znów jedziemy na car boot, a wieczorem kolacja we włoskiej restauracji. Czymś czego jeszcze o mnie nie wiecie jest to, że wielu rzeczy nie lubię, m.in. większości warzyw, a tam wszystko jest z pomidorami...  Praca, praca, a po pracy? Spacer po plaży, nie długi, ale bardzo pomaga.

czwartek, 5 czerwca 2014

Dzień jak co dzień z Chodakowską

Jednak zostałam dzisiaj w domu. Długo rozmawiałam z siostrą, później spacer z psem, obiad - zrobiłam kotleciki z piersi z kurczaka z panierką z chleba, bo w tym domu jest wszystko, naprawdę - od różowej soli himalajskiej w kryształach przez oliwę extra virgin z awokado, aż po cukier z palmy kokosowej, a nie ma takich rzeczy jak bułka tarta czy zwykła sól, ale byłam miło zaskoczona, bo wyszła chrupiąca. Później wzięłam się za ćwiczenia, zrobiłam 'Skalpel' Ewy Chodakowskiej - pierwszy raz i udało mi się zrobić cały, jestem z siebie całkiem zadowolona. Później wieczór z Georgem, Rebeccą i Alicją, a teraz oglądam HP, na razie pierwszą część, po angielsku oczywiście, ale mam zamiar obejrzeć wszystkie, zobaczymy ile mi to zajmie.

środa, 4 czerwca 2014

Nowe smaki

Dziś wolne, jutro wolne. Nic nowego. Za to mam pracować przez cały weekend. Przeszłam dzisiaj całe miasto, kupiłam 6 donutów z czego 5 zjadłam. Alicja mówiła: 'Kup 6, są małe, zjesz wszystkie', więc kupiłam, a okazało się, że są prawie takie jak te w Polsce. Ale były pyszne - gorące, chrupiące na zewnątrz, mięciutkie w środku, nie sposób się oprzeć. Co dalej? Wróciłam i zrobiłam coś z niczego czyli ugotowałam makaron (taki do spaghetti), podsmażyłam cebulkę, chilii i zwykłą paprykę, wrzuciłam makaron, zalałam dwoma jajkami z mlekiem żeby trochę zneutralizować ostrość, poczekałam aż się zetnie dorzuciłam pietruszkę i trochę sera na górę. Chciałam zrobić zdjęcie, bo tak ładnie wyglądało ale przyszedł George, chciał spróbować i nie zdążyłam. Później trochę czasu przed komputerem i jedzenie przygotowane przez Georga. Sama do końca nie wiem co to było - danie kuchni tajskiej, coś z makaronem ryżowym, kurczakiem, cukinią, papryką, ogórkami, limonką i... Pierwszy raz w życiu jadłam krewetki. I nawet mi smakowały, tylko trochę dziwne uczucie przy rozgryzaniu, po za tym bardzo dobre. Podsumowując mój dzisiejszy dzień ograniczał się do długiego spaceru, komputera i jedzenia. Dobrze, że chociaż udało mi się na koniec poćwiczyć.

wtorek, 3 czerwca 2014

Magic stars i Polska rzeczywistość

Prawie zapomniałam dzisiaj napisać. Dzień nudny, w restauracji prawie nikogo nie było, więc trzeba było sobie szukać zajęcia na siłę, a czas stał w miejscu. No ale jest coś o czym warto wspomnieć. Po raz pierwszy od przyjazdu kupiłam MilkiWay Magic Stars. Już ich nie ma. Całkiem miły wieczór popsuła mi wiadomość, że nie dostanę zamówionej przez siebie bluzy, za którą zapłaciłam nie mało, a która miała być już na początku maja, później termin został przełożony na dzień przed moim przyjazdem tutaj, a finalnie miała zostać wysłana do Anglii. Dziś dostałam wiadomość, że ta która została zrobiona jest niezgodna z moim zamówieniem i mogę albo wziąć taką, jaka jest, albo zwrócą mi pieniądze. Nie ma to jak ponad dwa miesiące czekania i proszenia się, by dowiedzieć się, że i tak nic z tego nie wyjdzie. Trudno. Jutro trzeba wstać bardzo wcześnie, bo przed pracą musimy jechać do hurtowni.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Potterowy świat.

Tak jak mówiłam dziś kolejny wolny dzień. Zaczęłam go pyszną owsianką z truskawkami, później poszłam na spacer - poznałam Pakistańczyka, ale o tym wolałabym nie opowiadać, zobaczyłam troszkę miasta i w końcu widziałam plażę tutaj. Piękna, szeroka, tylko troszkę daleko. Gdyby zmierzyć odległość do morza od mojego domu byłoby to może 300m. W linii prostej. Problem jest taki, że nigdzie nie ma zejścia na plażę i trzeba iść przez centrum przez co zamiast 300m jest ponad 1 mila. Później obiad i spacer z psem. Nic nowego. Wiem o czym jeszcze nie pisałam. . Harry Potter. Tak, powiedzieć, że go uwielbiam to eufemizm. A tutaj wszystko jest takie Potterowe. Tabliczki z nazwami ulic, nawet same ulice przypominają Privet Drive. Wczoraj dostałam też Jelly Beans, lub jak wolę je nazywać 'fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta'. Wiem, że to właściwie nic, ale cieszę się jak dziecko.  Co jeszcze? Pająki! W tej sprawie jestem zupełnie jak Ron. Jest ich tu strasznie dużo i są wszędzie. Alicja mówi, że zazwyczaj są te grubonogie, ale zdarzają się także takie, które skaczą. Nienawidzę pająków. Teraz czekam na nią i na Rebeccę. Były w pracy, a później miały jakieś spotkanie. Dowiem się co z jutrem i idę spać.

Ps. Jutro postaram się dorzucić jakieś zdjęcia.

niedziela, 1 czerwca 2014

Chytry lis, stado królików

Dzień czwarty. Ciepły i słoneczny. W końcu. Niestety chyba jedyny na dłuższy czas. Zaczął się od tego, że przewidziałam, że jeśli nie pojadę rano z Rebeccą do pracy to mogę już nie dojechać i miałam rację. Skończyło się tak, że najpierw z samego rana pojechałyśmy na car boot - coś w rodzaju naszego 'pchli targ' tylko na środku ogromnego pola. Było tam dosłownie wszystko - od jedzenia dla ludzi, przez to dla psów, po książki, urządzenia elektroniczne, biżuterię, obrazy czy figurki.

Później szybka kawa z jednym z kolegów z pracy w drodze do restauracji, wizyta na plaży i 4 godziny w pracy. Tylko. Odebrał mnie George, a później pojechaliśmy z Alicją i psem do parku krajobrazowego. Naprawdę piękne miejsce. Morze, plaża, wydmy, przy okazji rezerwat ptaków i cała masa królików skaczących w trawie. No i ślina jaskółek. Absolutnie wszędzie. Nie miałam pojęcia, że ptaki ślinią się tak bardzo. Była wszędzie. Później szybka kolacja i rozmowa z rodziną. W końcu dziś dzień dziecka. A teraz? Może coś obejrzę, a ze spaniem nie muszę się spieszyć, bo jutro mam wolne. Znowu.

sobota, 31 maja 2014

Day off

Trzeci dzień w Anglii i już wolne od pracy. Zauważyłam, że nie przedstawiłam jeszcze swojej sytuacji. Dzisiaj mam sporo czasu, więc to dobry moment. Mieszkam z Alicją, jej chłopakiem Georgem  i jego mamą Rebeccą. Odpoczęłam, zdecydowanie. Byłam w Tesco - mają nawet półkę z polskim jedzeniem. Nie ma tego dużo, ale i tak miło było coś kupić. George zrobił ryż z mięsem i warzywami, coś w rodzaju kuchni chińskiej. Właściwie zjadłam pół jego porcji, więc później zrobiłam naleśniki dla wszystkich i chyba im smakowały. Poszłam też z psem na spacer - i tu kolejna wpadka. Pies Softy okazał się być samcem, a to ulubieniec pani domu i zarazem mojej szefowej. Ma 16 lat i wciąż jest w dobrej kondycji mimo kilku operacji. Coraz lepiej radzę też sobie z językiem, rozumiem coraz więcej, przyzwyczajam się do akcentu. Alicja i George pojechali na bal, wracają jutro dosyć późno, więc w restauracji będę skazana wyłącznie na siebie. Dam radę.

piątek, 30 maja 2014

Pierwszy dzień w pracy

Pierwszy dzień w pracy. 10,5 h. Wbrew pozorom podobało mi się. Czas zleciał naprawdę szybko, pracownicy są mili, pomagają mi. Daję radę. Czego się dziś nauczyłam? (Pomijam oczywiście przygotowanie jedzenia i pracę). 1. Określenie na każde zwierzątko 'georgous'. 2. Jeśli nie masz pojęcia co do ciebie mówią po prostu przytaknij i uśmiechnij się. Dowiedziałam się też kilku ciekawych faktów o moich współpracownikach - taaaakie plotki. Właściwie to wszystko. No ok, zaliczyłam drobną wpadkę, ale powiedzmy, że przyczyną był błąd w komunikacji. Myśl podsumowująca? Kobiety nigdy nie żartują na temat słodyczy. Dobranoc.

czwartek, 29 maja 2014

Dzień pierwszy czyli znaleźć sposób na przetrwanie

Tak jak myślałam dzisiaj wiele się wyjaśniło, choć wciąż nie jest pewne miejsce mojego pobytu. Możliwe, że przeniosę się do mieszkania nad restauracją, ale na razie nie wiem ani czy ani kiedy. Co do restauracji - dzień wolny okazał się dniem w pracy. Może nie dla mnie, ale obejrzałam już budynek, wiem gdzie, co leży (mniej więcej), a jutro do pracy. Ciężko z językiem. Niby rozumiem, ale jednak nie do końca. Kiedy mówią szybko ciężko jest wyłapać pojedyncze słówka nie mówiąc o tłumaczeniu. Może to też wina zmęczenia bo spałam jakieś trzy godziny. Ale jest dobrze, wszyscy są mili choć na początku nie odniosłam takiego wrażenia, przynajmniej nie ze strony każdej osoby, którą poznałam. Wydaje mi się, że w pracy tworzą zgrany team. Mam nadzieję, że uda mi się dopasować. Jutro ważny dzień - pierwszy prawdziwy dzień w pracy. Życzcie mi powodzenia.

środa, 28 maja 2014

Let's go to England

Samolot odlatuje za niecałe 7 godzin, a ja wciąż dopakowuję ostatnie rzeczy - to nie łatwe spakować się na cztery miesiące. Przynajmniej tyle zakładam, jak wyjdzie? Czas pokaże. Blog założony 'na szybko'. Jak łatwo się domyślić będę pisać o swoich wakacyjnych przygodach. Zachęcam do czytania.

Od jutra dużo się zmieni - koniec szkoły, praca, nowy kraj, nowi ludzie. Matura napisana, czas by wziąć życie w swoje ręce. Jadę do ludzi, których widziałam przez jakieś dwie godziny. Pracować będę w restauracji i właściwie to jest jedynym, co wiem na pewno. Przede mną pierwszy lot samolotem. Samotny. Ale to pewnie nic wielkiego. Bardziej martwię się o rodziców. O tatę. Bardzo przeżywa mój wyjazd, ale wiem, że chce dla mnie dobrze, dlatego mnie nie zatrzymuje. W ogóle w ostatnich dniach doświadczyłam wielu miłych chwil w gronie rodziny i przyjaciół. Pożegnania są ciężkie, ale staram się po sobie tego nie okazywać. Chcę, żeby im było łatwiej. Przecież każdy koniec jest początkiem czegoś nowego, a ja nie lecę na koniec świata.

Jutrzejszy dzień będzie tym, w którym wiele się wyjaśni. Wiem, że będę miała trochę czasu na lotnisku, może uda mi się coś napisać. Tymczasem dobrej nocy wszystkim, których w jakikolwiek sposób zainteresowałam.